Ostatnio bardzo modne są tzw. pajączki, czyli plastyczne statywy, które możemy przymocować choćby do gałęzi drzewa. Statyw ten sprawdza się wszędzie tam, gdzie jego nogi potrafią się o coś owinąć. Lecz równie świetnie spełnią swoją funkcje na nieregularnym gruncie. Pod wpływem naporu dostosowuje swoje ustawienie. GRI-04 przeznaczony jest zarówno do aparatów fotograficznych oraz kamer wideo. Jego nogi zakończone są gumka, a maksymalna robocza wysokość wynosi 250 mm. Statyw TREQ GRI-04 przewidziany jest na maksymalne obciążenie wynoszące 3kg. Jego parametry to: wysokość po schowaniu nóg 250mm, waga 222g. Bardzo przydatny i nie drogi gadżet!
piątek, 10 lutego 2012
Elastyczny statyw
Ostatnio bardzo modne są tzw. pajączki, czyli plastyczne statywy, które możemy przymocować choćby do gałęzi drzewa. Statyw ten sprawdza się wszędzie tam, gdzie jego nogi potrafią się o coś owinąć. Lecz równie świetnie spełnią swoją funkcje na nieregularnym gruncie. Pod wpływem naporu dostosowuje swoje ustawienie. GRI-04 przeznaczony jest zarówno do aparatów fotograficznych oraz kamer wideo. Jego nogi zakończone są gumka, a maksymalna robocza wysokość wynosi 250 mm. Statyw TREQ GRI-04 przewidziany jest na maksymalne obciążenie wynoszące 3kg. Jego parametry to: wysokość po schowaniu nóg 250mm, waga 222g. Bardzo przydatny i nie drogi gadżet!
środa, 1 lutego 2012
Akumulator Panasonic VW-VBK360
Akumulator o ogromnej pojemności 3580 mAh i napięciu 3.6V stworzony do takich rodzai kamer Panasonic jak: HDC-TM60, HDC-HS60, HDC-SD66, SDR-H85, SDR-T50 a także SDR-S50. Przewagą akumulatora litowo jonowy Panasonic VW-VBK360 na pewno jest jego długi czas pracy konieczny podczas realizowania własnych filmów. Zapewnia on sporo większy komfort pracy w tym obrębie. Mimo nieco dużej ceny oryginalny akumulator VW-VBK360 gwarantuje wysoką jakość funkcjonowania i solidność.
czwartek, 26 stycznia 2012
Zamek w Będzinie
Nasza przygoda prowadzi bursztynową trasą szybkiego ruch
A1, wiążącą północ z południem. Wizytowanie zamków tej trasie
połączone było z wyprawą nad nasze polskie morze.
Zamek w Będzinie, jest budowlaną perełką. Niby nie za duży, jednakże w swojej niezwykłej konstrukcji budzi podziw. Na pewno pozostaje sentyment do tego obiektu i nie przepuściliśmy sposobności, żeby ponownie zobaczyć ten obiekt zamkowy. Poboczną atrakcją stała się dość późna pora w jakiej odwiedziliśmy warownię. Możemy mówić o ogromnym szczęściu, ponieważ dojeźdzając do Będzina przestał kropić deszczyk, a jak już bylismy pod zamkiem, tak jakby na nasze zamówienie włączono halogeny oświetlające warownię.
Następny cel - Zamek w Łęczycy. Twierdza należy do gatunków zamków miejskich, pozostała zbudowana na zarysie czworokąta o przestrzeni 2600 m2. Usytuowana w południowo-zachodnim narożniku otoczonego murami kolektywu miejskiego, od jakiego rozdzielała ją zasilana wodami Bzury fosa. Umiejscowiony na sztucznie uformowanym kopcu ziemnym zamek wzniesiony był w partii fundamentowej z kamienia, zaś wyżej z gotyckiej cegły. Dzisiaj składa się z bardzo wystawnego skrzydła zachodniego z trzykondygnacyjnym budynkiem wskazywanym Domem Nowym, wieżą bramną i narożną ośmioboczną wieżą. Mur obwodowy ma maksymalnie ok. 10 m wysokości, jednak w dużej części jest zrujnowany i znacznie niższy.
Mejscowe opowieści powiązane są prawie w komplecie z diabłem Borutą występującym pod rozmaitymi sylwetkami. Jako arystokrata spaceruje w kontuszu po dziedzińcu zamkowym, pod sylwetką sowy pilnuje skarbów w lochach zamkowych, w wodach Bzury jako Boruta-topielec przyjmuje kształt ryby z rogami, po polach galopuje nocami Boruta- ogier, miód podbiera pszczelarzom Boruta-bartnik.
Zaczątki Boruty sięgają XIV w. Wtedy to Kazimierz Wielki wyruszył z Krakowa do Łęczycy, jednakże blisko schyłku podróży jego kareta ciągnięta przez 6 koni spadła z grobli i zapadła się dogłębnie w bagno. Świta władcy nie zdołała sobie z tym poradzić, musiano przeto poszukać pomocy. Wokoło był tylko las i błota jak również mała dróżka w las. Jeden ze służących poszedł więc nią i niebawem zobaczył grupkę ludzi, którzy z drewna sosnowego wytapiali smołę. Zwano ich borutami, bo wiele czasu spędzali w borze. Jeden z nich zaoferował pomoc królowi. Sługa prosił, żeby szli wszyscy ale tamci uparcie oświadczali, że jeden boruta w zupełności wystarczy. I istotnie za pomocą grubego sznura wyciągnął po kolei wszystkie konie, a nastepnie i samą karetę. Wdzięczny monarcha nadał borucie szlachectwo i uczynił zarządcą jego łęczyckich dóbr. Ten jednakże zapomniał skąd się wywodzi i stał się dla ludu okrutnym ciemiężcą. Po śmierci arystokraty-boruty ludzie ruszyli na zamek odebrać zagrabione im pieniądze. Nic nie znaleźli, a dwa dni dalej zniknęło także ciało umarłego. Od tego momentu zaczęto mówć o diable Borucie. Podobno nadal pilnuje on skarbów w lochach zamkowych. A z tego czasu do chwili teraźniejszej zachowało się ludowe powiedzenie: nie ma diabła gorszego, gdy się stanie pan z ubogiego.
Zamek w Gniewie na szczęście ulokowany jest po należytej dla nas stronie Wisły. Zdziwieniem dla nas było dojrzenie tabliczki z zakładem Rolls Royce\'a w Gniewie. Naturalnie chodzi tutaj o silniki do statków. Na zamku uśmiechęło się do nas szczeście, gdyż akurat trafiliśmy na wesele i obiekt był o tak wczesnej porze otwarty...
Jest to podobno najlepiej zachowanych obiekt Krzyżacki na Pomorzu. Stoi na wielkiej skarpie na zachodniej części Wisły. Zamek ma układ bliski kwadratowi o boku 47 m z czterema wieżyczkami w narożach i wewnętrznym dziedzińcem. Wszystkie skrzydła zamku mają jednorodną wysokość, jednak liczba kondygnacji jest różna, ponieważ niektóre sale jak np. kaplica i kapitularz w części południowej były znacznie wyższe od innych komnat. W skrzydle północnym mieściły się komnaty komtura a okresowo i wielkiego mistrza Kuchmeistera, który zrezygnował z urzędu i osiadł w Gniewie. Piwnice jak również parter poświęcono na cele gospodarcze, były tu m.in. kuchnia, piekarnia i magazyn. Zamkowe mury wieńczą wąskie korytarze ze strzelnicami udostępnione wizytującym czyli dawne ganki strażnicze. Elewacje wschodnia i zachodnia mają jednocześnie skromne, jednak wyróżniające je ozdobny szczyty.
Zamek w Będzinie, jest budowlaną perełką. Niby nie za duży, jednakże w swojej niezwykłej konstrukcji budzi podziw. Na pewno pozostaje sentyment do tego obiektu i nie przepuściliśmy sposobności, żeby ponownie zobaczyć ten obiekt zamkowy. Poboczną atrakcją stała się dość późna pora w jakiej odwiedziliśmy warownię. Możemy mówić o ogromnym szczęściu, ponieważ dojeźdzając do Będzina przestał kropić deszczyk, a jak już bylismy pod zamkiem, tak jakby na nasze zamówienie włączono halogeny oświetlające warownię.
Następny cel - Zamek w Łęczycy. Twierdza należy do gatunków zamków miejskich, pozostała zbudowana na zarysie czworokąta o przestrzeni 2600 m2. Usytuowana w południowo-zachodnim narożniku otoczonego murami kolektywu miejskiego, od jakiego rozdzielała ją zasilana wodami Bzury fosa. Umiejscowiony na sztucznie uformowanym kopcu ziemnym zamek wzniesiony był w partii fundamentowej z kamienia, zaś wyżej z gotyckiej cegły. Dzisiaj składa się z bardzo wystawnego skrzydła zachodniego z trzykondygnacyjnym budynkiem wskazywanym Domem Nowym, wieżą bramną i narożną ośmioboczną wieżą. Mur obwodowy ma maksymalnie ok. 10 m wysokości, jednak w dużej części jest zrujnowany i znacznie niższy.
Mejscowe opowieści powiązane są prawie w komplecie z diabłem Borutą występującym pod rozmaitymi sylwetkami. Jako arystokrata spaceruje w kontuszu po dziedzińcu zamkowym, pod sylwetką sowy pilnuje skarbów w lochach zamkowych, w wodach Bzury jako Boruta-topielec przyjmuje kształt ryby z rogami, po polach galopuje nocami Boruta- ogier, miód podbiera pszczelarzom Boruta-bartnik.
Zaczątki Boruty sięgają XIV w. Wtedy to Kazimierz Wielki wyruszył z Krakowa do Łęczycy, jednakże blisko schyłku podróży jego kareta ciągnięta przez 6 koni spadła z grobli i zapadła się dogłębnie w bagno. Świta władcy nie zdołała sobie z tym poradzić, musiano przeto poszukać pomocy. Wokoło był tylko las i błota jak również mała dróżka w las. Jeden ze służących poszedł więc nią i niebawem zobaczył grupkę ludzi, którzy z drewna sosnowego wytapiali smołę. Zwano ich borutami, bo wiele czasu spędzali w borze. Jeden z nich zaoferował pomoc królowi. Sługa prosił, żeby szli wszyscy ale tamci uparcie oświadczali, że jeden boruta w zupełności wystarczy. I istotnie za pomocą grubego sznura wyciągnął po kolei wszystkie konie, a nastepnie i samą karetę. Wdzięczny monarcha nadał borucie szlachectwo i uczynił zarządcą jego łęczyckich dóbr. Ten jednakże zapomniał skąd się wywodzi i stał się dla ludu okrutnym ciemiężcą. Po śmierci arystokraty-boruty ludzie ruszyli na zamek odebrać zagrabione im pieniądze. Nic nie znaleźli, a dwa dni dalej zniknęło także ciało umarłego. Od tego momentu zaczęto mówć o diable Borucie. Podobno nadal pilnuje on skarbów w lochach zamkowych. A z tego czasu do chwili teraźniejszej zachowało się ludowe powiedzenie: nie ma diabła gorszego, gdy się stanie pan z ubogiego.
Zamek w Gniewie na szczęście ulokowany jest po należytej dla nas stronie Wisły. Zdziwieniem dla nas było dojrzenie tabliczki z zakładem Rolls Royce\'a w Gniewie. Naturalnie chodzi tutaj o silniki do statków. Na zamku uśmiechęło się do nas szczeście, gdyż akurat trafiliśmy na wesele i obiekt był o tak wczesnej porze otwarty...
Jest to podobno najlepiej zachowanych obiekt Krzyżacki na Pomorzu. Stoi na wielkiej skarpie na zachodniej części Wisły. Zamek ma układ bliski kwadratowi o boku 47 m z czterema wieżyczkami w narożach i wewnętrznym dziedzińcem. Wszystkie skrzydła zamku mają jednorodną wysokość, jednak liczba kondygnacji jest różna, ponieważ niektóre sale jak np. kaplica i kapitularz w części południowej były znacznie wyższe od innych komnat. W skrzydle północnym mieściły się komnaty komtura a okresowo i wielkiego mistrza Kuchmeistera, który zrezygnował z urzędu i osiadł w Gniewie. Piwnice jak również parter poświęcono na cele gospodarcze, były tu m.in. kuchnia, piekarnia i magazyn. Zamkowe mury wieńczą wąskie korytarze ze strzelnicami udostępnione wizytującym czyli dawne ganki strażnicze. Elewacje wschodnia i zachodnia mają jednocześnie skromne, jednak wyróżniające je ozdobny szczyty.
środa, 11 stycznia 2012
Park w Żywcu
Początek XVIII w. przyniósł decydujące przemiany w wyglądzie zamku i jego środowiska. Były obronny obiekt stał się siedzibą o charakterze pałacowym ( rozbudowa skrzydła południowego z reprezentacyjną klatką schodową, innowacyjne barokowe elewacje, okna, wysokie dachy, portale, kaplica). Przebudowało się także sąsiedztwo siedziby, od północnego zachodu stworzono dziedziniec objęty oficynami, zabudową gospodarczą a także od południa park włoski. Przebudowa zamku prowadzona przez Wielopolskich nie była ostatnią. Nowi posiadacze - Habsburgowie - zmienili elewację zewnętrzną ( zachowana do dzisiaj, w stylu historyzmu), której projekt stworzył Karol Pietschka. Po remoncie obiekt został poświęcony na rezydencję urzędów a także na mieszkania urzędników dóbr żywieckich. Do 1939 r. zamek znajdował się w rękach Habsburgów. W czasie okupacji Niemcy zajęli pomieszczenia zamkowe na cały czas kampanii. Po 1945 roku budynek stał się własnością miasta i oddano go na mieszkania lokatorskie, archiwum, biura organizacji młodzieżowych, pracownie Domu Kultury, biura przedsiębiorstwa \"Las\" a także bibliotekę miejską. W latach 1976 - 1989 władze miasta zdecydowały się na remont zamku. Wkrótce nastąpiło wykwaterowanie lokatorów, otwarcie kawiarni \"Rycerska\", remont a także prace badawczo-naukowe. Na początku lat dziewięćdziesiątych zarządcą Starego Zamku był Zespół Zamkowo-Parkowy, który wiódł działalność kulturalną, oświatową a także wystawienniczą. W styczniu 2005r obiekt stał się siedzibą Muzeum Miejskiego w Żywcu. Kompletny koszt remontu zamku wyniósł 2719184.20zł.
W sąsiedztwie starego zamku, znajduje się zaprojektowany przez Habsburgów klasycystyczny pałac. Nazywany nowym zamkiem, zbudowany z polecenia arcyksięcia Albrechta przez Karola Pietschkę, był kilkakrotnie przebudowywany. \"Dziś w części gmachu mieści się szkoła leśna, a pozostałe sale pełnią funkcje reprezentacyjne - np. lustrzana sala balowa o znakomitej akustyce jest używana jako sala koncertowa. W 2001 r. kilkupokojowy apartament udostępniono uprzedniej mieszkance pałacu, księżnej Alicji z Habsburgów. Osiemdziesięciokilkuletnia dziedziczka mieszka na stałe w Szwajcarii, przyjechała jednak na swą uroczystą intronizację i deklarowała przybycie w niedalekiej przyszłości do Żywca na dłużej.
Ten piękny park jest byłym ogródem zamkowym o powierzchni około 26 ha. \"Założony został włoską metodą\", składał się w tamtych latach z dwóch zespołów: jeden składający się z kwater, a drugi z regularnie posadzonych drzewostanów. \"Przez pierwszy zespół przemierza kanał, który powstał w drugiej połowie XVIII wieku, z tego też okresu pochodzi altana skonstruowana w formie Domku Chińskiego, z uwidocznionym ponad dachem herbem Wielopolskich - Starykoń.
Zamek w Żywcu
czwartek, 29 grudnia 2011
Lustrzanki cyfrowe Canona
Aparaty cyfrowe Canona z serii EOS można podzielić na trzy główne przedziały: aparaty elementarne (EOS 1100D, EOS 600D, EOS 550D), aparaty umiarkowanej klasy (EOS 60D, EOS 7D, EOS 5D MarkII) a także aparaty specjalistyczne (EOS 1D Mark IV, EOS 1Ds Mark III).
Pierwsza grupa aparatów fotograficznych adresowana jest do internautów rozpoczynających przygodę z cyfrowymi lustrzankami. Są to bazowe modele lustrzanek, zaopatrzone w wiele przyciągających możliwości, które wspierają w osiągnięciu pierwszorzędnych fotografii.
Aparat EOS 1100D firmy Canon to niedrogi, zaawansowany przyrząd o niedużych rozmiarach, który pozwala wstąpić do świata cyfrowych lustrzanek.
Uchwyć zdumiewającą liczbę detali dzięki modelowi EOS 550D. Używając swobodę kreatywną, chwytaj chwile i podziwiaj głębię elementów wakacyjnych zachodów słońca czy relacji meczu miejscowej drużyny.
Dzięki niezrównanej w tej klasie rozdzielczości 18 megapikseli, konstrukcji życzliwej dla użytkownika a także dostępu do okazałej liczby obiektywów i akcesoriów dla systemu EOS aparat EOS 600D sprawi, że nic nie udaremni Ci w realizacji twojej pasji fotografowania.
Przyrządy średniej klasy przeznaczone są dla ludzi oczekujących wyższego wtajemniczenia i dużych możliwości w naszym globie fotografii. Chcą one wykorzystać aparat fotograficzny do maksimum możliwości.
Poznaj swoją kreatywność dzięki aparatowi EOS 60D. Wyraź siebie poprzez zapierające dech w piersiach fotografie albo filmy w kanonie Full HD dzięki ekranowi LCD o zmiennym kącie i interesującym możliwościom, pozwalającym na różnorakie wzbogacanie zdjęć. Stworzony z myślą o fotografach z pasją. Rozdzielczość 18 megapikseli, 8 kl./s w trybie nieprzerwanym, czułość ISO o wartości 12 800, inteligentny wizjer a także alternatywa zapisywania filmów w rozdzielczości Full HD powodują z modelu EOS 7D nieprzeciętnie wszechstronne narzędzie. Wyposażony w pełnoklatkową matrycę przyrząd EOS 5D Mark II spaja bezprecedensową rozdzielczość z możliwością wykonywania zdjęć seryjnych z szybkością 3,9 kl./s a także pierwszorzędną jakością obrazu przy dużych wartościach czułości ISO. Funkcja zapisywania filmów w rozdzielczości Full HD jeszcze mocniej przemieszcza granice fotografii.
Ostatnia grupa to aparaty przeznaczone dla profesjonalistów. Ich korzyścią są parametry: prędkość, precyzja i jakość fotografii z wytrzymałością mechaniczną, pomocną w terenie. Dzięki bardzo dokładnemu autofokusowi, wyjątkowo rozległemu limitowi czułości ISO oraz najbardziej solidnym obudowom są ulubionym narzędziem wielu fachowców.
Matryca o rozmiarze pełnej klatki i rozdzielczość 21 megapikseli, a do tego elastyczność, jaką może zapewnić tylko lustrzanka EOS 1Ds Mark III. Zalety z przetwarzania DIGIC III, solidność wykonania i technologie, które rozpoczynają nieznaną jakość w zakresie wydajności lustrzanek. Aparat EOS-1D Mark IV, lider w zakresie prędkości i rozdzielczości, pozwala złapać wyjątkowość chwili. Zapisując obrazy w rozdzielczości 16,1 megapiksela z szybkością 10 klatek na sekundę w trybie ciągłym lub w postaci filmu w jakości Full HD, aparat EOS-1D Mark IV jest zdecydowany na każde zadanie.
Aparaty Canon
Canon Bielsko-Biała
Canon Kraków
Canon Katowice
Żabnica - Hala Boracza - Hala Lipowa - Rysianka
O tym, że na Rysiance jest, używając trywialnego słowa - fajnie (to będzie bardzo trywialna opowieść), wiedziałem nie od dzisiaj. Jednakże sami znacie, że czasami bardzo ciężko nam się docenia to co jest.... blisko tak.... to co nas otacza..... to co mamy jeszcze na wyciągnięcie dłoni.... to co tak często zostawiamy za sobą lub widzimy. Przychodzi jednakże czas, że pragniemy po to sięgnąć. I nagle jesteśmy zauroczeni, generalnie czad.... metamorfoza zdumiewająca. A później się dziwimy, że nigdy wcześniej nie dotarliśmy w to miejsce. Niesamowite, ale mi się to zdarza. Również tak macie?
Zamiar obrany, trasa też: Skałka - Hala Boracza - Hala Lipowska - Rysianka - Skałka. Idealna pętla z pauzą na pierogi na Hali Lipowskiej. Góry w wszelakiej postaci mam napisane w CV. A z tym CV to nie kłamstwo. Gdy poszukiwałem pracy, moje CV pod nagłówkiem hobby posiadało wpis - góry. Pełen rzetelnej ufności i zapchanej dumy, pozostałem umieszczony na pośladku (bez uprzedzenia) przez jedną osobę: - Wszak co druga osoba w swoim CV piszę, że lubi góry - rzekła. A tak miło żyło się przyjemnej naiwności, z przeświadczeniem o swojej unikatowości... Kobieta z bloku obok bez wątpliwości też ma napisane w CV góry, przecież co weekend jeździ z koleżankami na sąsiedni Dębowiec. W CV góry ma też kierowca quada, który chasa bezkarnie po leśnych szlakach, rozjeżdżając małego robaczka, który z pewnością miał w swoim CV - góry.
Jakby się tak przyjrzeć naszej trasie na mapie to oprócz trzech schronisk, będziemy mieli sposobność przejść przez kilka Hal. Zapoczątkowujemy od Hali Boraczej, dalej Hala Studzionka, Hala Redykalna, Hala Skórzacka, Hala Bacmańska, Hala Gawłowska, Hala Bieguńska, Hala Lipowska, Hala Rysianka i Hala Pawlusia. W zasadzie to nijakiej wielkiej górki nie zdobywamy, jeno same hale...A na halach powinny być owieczki! Przynajmniej latem.
Naszą przechadzkę zaczynamy w Żabnicy Skałce. Niewielki mróz wyrządził swoje - czarny szlak na Halę Boraczą wymaga zręczności ekwibrystycznych. A w moim wieku, bez tego, ani rusz zimą w góry :) Jest delikatne oblodzenie na trasie. Co interesujące, jest nawet dużo śniegu. Zima w tym roku się ociąga i tak na prawdę jest to jedno z pierwszych (nie szacując październikowych Tatr) spotkań z Lodowatą Damą. Sam szlak na Boraczą nie jest wymagający, na początku powiedziałbym, że nawet nudny. Jednakże radosne konwersacje, nie wspominam nawet o czym - przeto na pewno o niczym, zajmują nam czas. Docieramy na Halę Boraczą, która wita nas widokami w stronę Rajczy. Jest jakoś dziwnie pusto, nawet wiatr nie wieje, tylko słychać ciche trzaskanie śniegu pod naszymi butami. Widać, że sama Hala jest zacnie przewiana, śniegu dużo mniej niż na szlaku. Idziemy zobaczyć do schroniska. Wokół budynku też czas trwa w zawieszeniu. Z lekką niepewnością otwieramy drzwi kierujące do wnętrza. Ktoś tu jednak, przeżył ten Armagedon. Jest tu jednak życie! Grzecznie wypytujemy się Pani - Czy moglibyśmy wypić własną herbatę. Teraz chyba lepiej się zapytać, bo dziwaczne prawa rządzą się w niektórych schroniskach. Kobieta nam odpowiada: - Oczywiście, nie ma kłopotu. Co do samego schroniska, a w zasadzie samej jadalni, to delikatnie komunikując: nie ciska na kolana. Posiadałem odczucie, że czas się tu jednak zatrzymał, zatrzasnął wrota i rzekł: Mam to wszystko gdzieś! Pozostaję tu na dłużej!
Pani nawet sugeruje nam, przy takiej ładnej pogodzie, żebyśmy poszli górą (czyli powiedziałbym, może na wyrost - granią), bo widoki będą piękne. Ciekawostką w budynku są przywarte do tablicy karteczki z różnorodnymi wpisami. Coś w stylu księgi gości, albo facebookowych like\'ów w wersji outdorowej - np. Lubię, bo czas tu wpadł i się zatrzymał. Lubię, bo mogę sobie tu spokojnie zjeść własne kanapki. Można sobie te karteczki poczytać, jednak lepsze znam zajęcia.... Idziemy na szlak. Słońce wychodzi ponad grzbiet, który dzisiaj będziemy przemierzać. Na grzbiecie mieści się pięć wierzchołków: Redykalny Wierch, Boraczy Wierch, Lipowski Wierch, Rysianka a także na północnym wschodzie wierzchołek Romanki. Romanka wybitnie opanowała najbliższe przestrzenie. Nieco niechciana, oderwana przełęczą od Rysianki przykuwa wzrok. Lekki mróz mimochodem hartuje nasze organizmy.
Dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Czarny wiedzie pod górę, ma Halę Redykalną (żółty szlak). Zielony dalej trawersuje grzbiet , aby dołączyć do szlaku żółtego za Halą Bieguńską. Kierując się radą kobiety ze schroniska na Boraczej jak również wcześniejszym planem, podążamy na kluczowy grzbiet. Czym wyżej tym śniegu więcej, ogarniamy również coraz obszerniejszą panoramę Beskidu Śląskiego, a w oddaleniu również Beskidu Małego. Pierwszy śnieg zawsze cieszy najbardziej, sama jego obecność poprawia nastrój. Na przeciw widać Baranią Górę wraz ze Skrzycznym i oddalonym Klimczokiem. Po prawej cały czas towarzyszy nam Sucha Góra. Pojawia się również poszarpaniec, czyli Wielki Rozsutec w Małej Fatrze.
Dochodzimy do żółtego szlaku. Do głównej grani. Wewnętrzna radość, odzwierciedlona na zadowolonych twarzach. Uwidoczniają się nowe przestrzenie, później okrywają się także Tatry. Na grzbiecie śniegu wiele więcej. Miejscami jest porządnie nawiane - brniemy w śniegu do kolan. Odwykłem od tego i nieco mnie to męczy. Za dużej wagi jestem na takie manewry :) Otwarte przestrzenie i nader zaskakująco rozkoszne hale, zakryte grubą powłoką śniegu, zafascynowały nawet takiego malkontenta jak ja. Przeciętne drzewa posypane śniegiem mają swój bajeczny klimat. A Cysorkie Tatry w całej okazałości... Sam Wielki Chocz ponad chmurami wystawia swój czubek...
Przybywamy na Halę Lipowską, do najlepszego schroniska w Polsce wg czytelników "n.p.m ". Zamawiamy zachwalane pierogi i w dobrych humorach oczekujemy swojego zamówienia. Durne oczy cieszą się jak głupie. W żołądku konwulsje, w ustach ślinociek. Wszystko przez ręcznie wytwarzane pierogi z serem i borówkami, a na nich bita śmietana, borówki i kawałeczek kiwi. Kulinarnie jestem kupiony przez schronisko na Hali Lipowej... Sama Hala Lipowska mieści się na zboczu porośniętego lasem Lipowskiego Wierchu lub jak kto woli Lipowskiej Góry (1324 m). Maltretuje nas widokami - panorama Tatr, Małej Fatry jak również Beskidu.
Schronisko na Rysiance jest oddalona od Hali Lipowskiej o około 15 minut marszu z pełnym brzuchem. Dobre jedzonko bardzo rozleniwia, to niedobre chyba również. Jestem bardziej skłonny ku drzemce aniżeli pieszej wycieczce. Jednak to chwilowa słabość. Ruszamy na Halę Rysiankę. Szlak wiedzie lasem, jednakże gdy dochodzimy do Hali, widoki po raz kolejny powalają na kolana... Są Tatry, jest Mała Fatra, jednakże jest także na wyciągnięcie dłoni Pilsko oraz nieco dalej Babia Góra. Taki mały raj na ziemi. Hala Rysianka jest bardzo duża i największa na naszej dzisiejszej trasie. Oj jak ja uwielbiam takie przestrzenie. Do budynku schroniska udajemy się hmmm jakby to powiedzieć tylko na chwilkę....
czwartek, 8 grudnia 2011
Wycieczka na Klimczok
W Wapienicy musimy się nieznacznie cofnąć z przystanku autobusowego, przemijając most dochodzimy do skrętu. Tutaj przemierza niebieski szlak z Wapienicy (PKP) na Błatnią. Trasa wiedzie cały czas prosto przez las.W zeszłym roku spotkaliśmy na niej sarny. Tym razem dały się zauważyć wiosenne klimaty. Przy odrobienie słońca, cała natura budzi się do życia. Na Błatnią mamy jeszcze około 2h marszu.
Prawie cały czas stosunkowo wypłaszczoną drogą docieramy, do ostrego zakrętu. Tutaj warto na moment się zatrzymać i podejść kilkanaście kroków w dół, aby ujrzeć w całej okazałości Zaporę w Wapienicy. Najdłuższa na obszarze miasta dolina górska (Dolina Luizy) pokryta lasem mieszanym i iglastym, umiejscowiona pomiędzy wierzchołkami Beskidu Śląskiego: Palenicą, Błatnią, Trzema Kopcami i Szyndzielnią.
Wspinamy się cały czas szlakiem niebieskim, posiadamy do przebycia 3 nieduże szczyty: Kopany - Wysokie - Przykra. W obszarach Wysokie znajduje się uroczysko kultowe z XVII w. Ażeby dojść do tego miejsca należy przebyć około 250 m trzymając się znakowanych czerwonym kółkiem drzew.
Błatnia (917 m n.p.m.) zdecydowanie wyodrębnia się w grupie Klimczoka. Z polan szczytowych roztaczają się piękne widoki na Beskid Śląski. Panorama z Błatniej obejmuje - oprócz szczytów Klimczoka i Skrzycznego - wszystkie większe szczyty Beskidu Śląskiego pasmo ciągnące się od Skrzycznego do Baraniej Góry.
Z Błatniej żółty żółtym szlakiem kierujemy się w kierunku Klimczoka. Przed nami około 1,5 godziny trasy. Na naszej trasie znajduje się Stołów i Trzy Kopce. Rejony Trzech Kopców są bardzo atrakcyjne gdyż mieści się tam buków położony na wysokości 800-950 m w obszarze wzniesienia - 120-letni drzewostan jak również jaskinia Klimczoka na południowym pochyleniu.
Klimczok (1117 m n.p.m.) - zamiar naszej wycieczki jest szczytem górskim znajdujący się w granicach administracyjnych Bielska-Białej i będący najwyżej umiejscowionym punktem tego miasta. Umiejscowiony w północnej sekcji Pasma Wiślańskiego w Beskidzie Śląskim. Lasy wokół grzbietu były podobno kryjówką zbójników. Na czele których stali bracia Klimczaki. Z tej przyczyny też wywodzi się nazewnictwo tego szczytu. Wschodni, wybitniej płaski wierzchołek, nosi nazwę Magury, ma wysokość 1095 m, znajduje się na nim schronisko PTTK oraz stacja ratunkowa GOPR. Z Klimczoka kierujemy się żółtym i czerwonym szlakiem na Szyndzielnię, jest to około 30 minutowy spacerek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)