Jakby się cofnąć z 7 lat wstecz, mniej
więcej o tej samej porze, miałem okazję przybyć w Tatry ze
przyjaciółmi w zamiarze przejścia szlaku Orlej Perci. Jednakże po
osiągnięciu Świnicy pierwszego dnia, siły mnie opuściły. Rano
przebudziłem się z lekką gorączką. Teraz wiem, ze dobrze się stało, że
nie poszedłem tamtego dnia na
Orlą Perć. Nic tak na prawdę o niej nie
wiedziałem i nie miałem do niej pokory. Nie byłem w ogóle na to
przygotowany.
Od tego czasu wiele się powywracało, cel Orlej Perci powrócił 4-5 lat
temu. Jednakże tym razem z dużym respektem i szacunkiem do
najtrudniejszego znakowanego szlaku w Tatrach. Początkiem roku
rozpocząłem dbać o formę nota bene pod wyjazd w Alpy. Priorytetem nie
stała się Orla Perć. Rozpocząłem regularnie biegać i chodzić na basen.
Przez zwiększoną aktywność moja pewność siebie wzrosła. Blokada, która
stale mieściła się w mojej głowie została pokonana. Nie wiem, w jakim
momencie się to stało, ale przestałem czuć niepokój przed wspinaczką
(oczywiście szlakową) w terenie górskim. Nie ściemniam, że zawsze mi to
sprawiało przyjemność, jednak nie raz nogi trzęsły mi się jak galareta.
Teraz czułem się nieskrępowany ciesząc się każdą techniczną trudnością
na trasie. W rozmowie z bardzo miłą osobą z forum beskidmaly.pl,
wspólnie doszliśmy do wniosku, że lepsza forma wpłynęła także na
psychikę.
Bardzo istotna jest także
determinacja. Tutaj muszę podziękować jednej, osobie za przykład jaki mi
podarowała swoją determinacją w zmierzaniu do celu. Stąd pojechałem
do Zakopanego doskonale zdając sobie sprawę czego pragnę i jak to
zrobić. Determinacja pomogła mi także pokonać drobne komplikacje. Na
Orlą Perć nie miałem jechać sam, tylko ze znajomym. Jak łatwo można się
domyśleć - pojechałem sam. Nic mnie to nie przygnębiło, aczkolwiek
rozważałem ewentualność przełożenia wyjazdu. Następnym fundamentalnym
elementem była koncentracja. Sądzę, że podświadomie przyszła ona sama,
dzień przed ekspedycją. Znajomi poznani w Murowańcu (Agnieszka i Jurek
- pozdrawiam) stwierdzili, że dzień wcześniej było widać na mojej
twarzy jej zapowiedzi. Z pewnością tak było...
Koncentracja asystowała mi przez całą trasę Orlej Perci. Wraz ze
zmęczeniem wymagała pracy na wyższych obrotach. Co interesujące jedyne
potknięcie zaliczyłem nad Zielonym Stawem, schodząc już z Przełęczy
Krzyżne. W następstwie wylądowałem jedną nogą w strumieniu. Po przejściu
odcinka Orlej Perci nastąpiło totalne odprężenie.
O czym zapomniałem i czego nie
zrobiłem. Cóż najważniejsza rzecz - poszedłem sam, o moim planie
wiedziało kilka osób w Bielsku a także moi przyjaciele z Murowańca.
Mój największy błąd - nie pozostawiłem im mojego numeru telefonu i nie
wziąłem ich numeru telefonu. Następna kwestia to nie wziąłem
okularów, ale na szczęście pogoda mnie oszczędziła i tylko rano było
błękitne niebo. Naturalnie odradzam każdemu samotnych wędrówek w
Tatrach, bezpieczniej i raźniej idzie się w parę osób. Na pewno moje
zachowanie spotka się z oceną wielu z was i przyznam im rację, jednak
możecie mi wierzyć potęguje to duchowe przeżycia scalone z obcowaniem z
niepowtarzalną przestrzenią tatrzańskich masywów. Trzeba im okazać
bezgraniczny respekt, posiadać świadomość niebezpieczeństwa i podziwiać
je - chłonąć je wszystkimi możliwymi zmysłami.
Co wziąłem na Orlą Perć?
1. telefon
2. apteczka
3. 1,5 litra wody
4. malutki chleb + konserwa
5. czekolada + 3 batony
6. mapa
7. rękawiczki
8. kurtka
9. pałatka
10. kijki - teraz bym z nich zrezygnował, wykorzystane jedynie na szlakach podejściowych
11. chusta na głowę, doskonale wchłania pot
12. aparat
Zapomniałem okularów i kremu z filtrem UV. Dla bezpieczeństwa można zabrać kask i nie jest to głupi pomysł!
Spotkanie z Kozicami
Komórka budzi mnie o godzinie 5:00,
mam olbrzymią ochotę jeszcze pospać, ale zdaję sobie sprawę że nie
mogę na to sobie pozwolić. Pospiesznie się ubieram i schodzę z łóżka.
Patrzę przez okno i południowa strona jest mocno zachmurzona, nie pada
więc decyduję, że zaryzykuję planowaną próbę. Zawsze mogę się wrócić
jakby się pogoda załamała. Błyskawiczna poranna toaleta, dopakowuje
plecak i bez śniadania idę na trasę. Śniadanie mam w planach nad
Czarnym Stawem. Niebo od południowej strony wygląda bardzo
optymistycznie. Słońce dopiero zaczyna rozświetlać powoli okolicę. Dla
samych widoków i niezrównanej ciszy warto tak wcześnie wstać.
Do Czarnego Stawu dochodzę bardzo
szybko, ale tak na prawdę jeszcze w 100% się nie przebudziłem. Nie
jestem głodny, przekładam swoje śniadanie na Zawrat. Patrzę na
powściągliwą taflę stawu. Gdzieniegdzie kaczki budzą się ze snu. Bardzo
mi się podoba ta cisza. Dzisiaj marzy mi się zobaczyć z rana kozice.
Nigdy nie posiadałem okazji widzieć je z bliższej odległości.
Żwawo obchodzę Czarny Staw i zmierzam w
stronę Zmarzłego Stawu. Jedno z moich marzeń spełnia się w tym dniu.
Jest jedna kozica! W odległości 2-3 metrów od szlaku skubie coś
zielonego przy skale. Przystępuję po cichu bliżej. Nie mam zamiaru jej
spłoszyć. Robię fotki, w końcu mnie dostrzega, nasze spojrzenia
spotykają się. Tak na prawdę chyba nikt z nas nie odczuwa lęku do
momentu wydania kuriozalnego odgłosu przez tego osobnika. Oznajmił
czyj to jest rejon i kto tu jest tak na prawdę gościem. Lepiej sobie
nie zawadzajmy, każdy z nas ma dziś swoje plany.
Odrobinę wyżej, na szlaku, mam gratkę
ujrzeć sześć kozic. Dzień na prawdę dobrze się zaczyna. Kozice
spacerują po szlaku. Gdy mnie dostrzegają odchodzą 5-10 metrów, ale nie
uciekają. Piękne zwierzęta i szkoda, ze niektóre fotki mi nie wyszły.
Ale i tak jestem usatysfakcjonowany z tego spotkania!
Na Zawrat dochodzę o godzinie 7:40.
Samo podejście było bardzo sympatyczne, łańcuchy, które niegdyś
zapamiętałem jako kłopotliwe okazały się całkiem nieskomplikowane. A i
słońce zaczęło się przebijać z za Granatów. Na przełęczy jest jeden
Pan, który przyszedł z Doliny 5 Stawów. Będzie dalej szedł w stronę
Koziej Przełęczy, zatem jest okazja, że będziemy szli razem. Ja z
upragnieniem wrzucam coś do mojego pustego żołądka, ale nie jestem
zbytnio głodny.
W wreszcie zaczynam iść w stronę
Małego Koziego Wierchu. Najpierw po skałach bez zabezpieczeń dochodzę do
mojego dzisiejszego towarzysza. Trzeba porządnie się rozglądać, aby
nie zgubić szlaku. Przez cały czas będzie on nas prowadził a to od
strony Doliny Gąsienicowej, a to od strony Doliny Pięciu Stawów
Polskich, a dla urozmaicenia kluczową granią. Niestety mój kompan miał
nieco zbyt wolne tempo i zostaje mi samemu ruszyć dalej. Doceniam
wczesną porę, która powoduje, że mogę sam na sam obcować z majestatem
świata gór. Nie jest to może mądre, ale cudowne! Spokój na trasie
zapewnia komfort, nikt mnie nie stopuje, ja również nikogo nie stopuję.
Każdy mój krok, każdy chwyt, mogę sobie swobodnie rozważyć,
przemyśleć. Wybrać najdogodniejsze wyjście. Rozważania te nie trwają
długo, ale dzięki spokojnym decyzją czuję się pewniej i bezpieczniej.
Rozpoczynają się pierwsze łańcuchy.
Mały Kozi Wierch pokonany. Teraz narasta we mnie presja. Sztuczna
presja, która urodziła się w mojej głowie. Czy już za tą skała będzie
renomowana drabinka do Koziej Przełęczy? Zdominowało to moje myśli.
Schodzę do Zmarzłej Przełęczy Wyżniej, w stronę Gąsienicowej biegnie
tzw. Honoratka, czyli Żydowski Żleb. Przede mną Zmarłe Czuby i dość
niesympatyczny, od północnej strony, trawers po bardzo wąskich
półeczkach. Jest co prawda łańcuch, ale trzeba uważać na każdy stawiany
krok. Wchodzę na grań, odczuwam bliskość drabinki! Ale to jeszcze nie
ona, to zejście do Zmarzłej Przełęczy po dość śliskich płytach. Jeszcze
trawers Zamarłej Turni i jestem sam na sam ze słynną drabiną.
Popatrzałem w dół, wysokość robi wrażenie. Z drugiej jednak strony jest
to prozaiczna drabina, a przemieszczanie się po drabinie nie należy do
zawiłych. Długo się nie zastanawiając, najpierw nieśmiało, przy pomocy
łańcucha zszedłem na pierwsze szczeble drabiny. Każdy kolejny szczebel,
to już większa pewność w poczynaniach i wędrówka jak po zwykłej
drabinie. Naturalnie po chwili rodzi się następna myśl, jak z tej
drabiny zejść na tą małą półeczkę. Jednakże to kolejny problem, który
był tylko i wyłącznie w mojej głowie. Zejście z drabiny jest problemem
psychiki, bo technicznie jest bardzo proste.
Schodzę po łańcuchach do Koziej
Przełęczy. Tutaj prowadzi żółty szlak z Koziej Dolinki, chwila
spoczynku, parę zdjęć i przychodzi czas na Kozie Czuby. Jak do tej
pory jestem usatysfakcjonowany, tempo bardzo zacne, sił dostatek, a
psychika odblokowana.
Zanim pnę się w stronę Kozich Czub musze przejść nader nieprzyjemny
trawers po łańcuchach. Przemieszczanie się w poziomie było chyba
najtrudniejszym elementem na Perci. Trawers zwalczony, teraz pod
szczyt na łańcuchach. Przebycie Kozich Czub pochłonęło dużo czasu,
ale i odczucia okazałe. Obniżenie do Koziej Przełęczy Wyżniej to
następna prostopadła ściana, którą trzeba przejść na ubezpieczeniach w
dół. Jest bardzo ciekawie, momentami trzeba się naszukać miejsca na
położenie stopy, to opuścić trochę centumetrów na łańcuchu. Adrenalina
wzrasta! Jestem na przełęczy. Teraz łatwe, z dobrymi chwytami,
podejście na Kozi Wierch doprowadza mnie do drobnej zadyszki. Na Kozim
Wierchu spotykam następnych turystów, w końcu mogę się do kogoś
odezwać. Patrzę na zegarek - dochodzi 10.00. Na Kozim zjadam batona i
odpoczywam prawie 15 minut, podziwiając piękne widoki na Dolinę Pięciu
Stawów Polskich.
Kozi Wierch - Granaty
Pozostawiam Kozi Wierch poruszając się w stronę jego południowych
zboczy. Czarny szlak odbija Szerokim Żlebem w stronę Doliny Pięciu
Stawów Polskich. Przez 40 minut asystują mi widoki do Piątki. Aż do
Buczynowej Strażnicy szlak jest prosty technicznie, bez sztucznych
ubezpieczeń. Za Buczynową Strażnicą mieści się Przełączka nad Buczynową
Dolinką i tu pojawiają się "schody", a w zasadzie zejście do Żlebu
Kulczyńskiego. Obniżenie jest o tyle niesympatyczne, że jest sypkie
pod nogami i trzeba uważać, aby nie zrzucić kamieni lub nie dostać takim
kamieniem. Z tej przyczyny też uważam, że kask powinien się znaleźć w
wyposażeniu wędrujących turystów na Orlej Perci. Następnie trasa Orlej
odbija w prawo w stronę komina wiodącego do szczerbiny Czarnego
Mniszka. Rzetelna rzeźba skał zapewnia dobre chwyty i wspinanie na
Mniszka jest przyjemnością. Kawałek ten jest ubezpieczony łańcuchami,
ale przy dobrych warunkach, a takie dziś panują, polegam na moich
rękach. Dochodzę do pasemka Czarny Ścian, kolejny mniej wymagający
odcinek, finalizowany osobliwym kominkiem.
Schodzę do Zadniej Sieczkowej Przełączki, przed wierzchołkiem
Zadniego Granatu dochodzi dobrze mi znany zielony szlak kierujący do
Zmarzłego Stawu. Wdrapuję się na Zadni Granat i robię kolejny
odpoczynek. Tym razem otwieram puszkę i robię sobie kanapki. Dochodzą
chłopaki, których poznałem schodząc z Koziego Wierchu. Wytwarzamy
malutki popas. Z Zadniego widać już drogę na Krzyżne. Niby nie daleko,
jednakże jeszcze kawałeczek przed nami. Moce trochę ubywają, nawet
przychodzą mi do łba myśli o zejściu żółtym szlakiem ze Skrajego
Granatu. Ale jak szybko się pojawiły tak szybko uciekły. Chłopaki idą
na Krzyżne, zatem będę miał towarzystwo. A teraz na pewno mi się
przyda!
Idę dalej, droga z Zadniego Granatu wiedzie bez trudności, w
pewnym momencie jest malutka ekspozycja i podejście po skałach na
Pośrednią Sieczkową Przełączkę, dalej na Pośredni Granat szerszą
ścieżką. Szlak z Pośredniego jest nieco trudniejsze, skały się
usypują, trzeba wykorzystać ręce i szukać pewnych miejsc na położenie
nogi. Dochodzę do Skrajnej Sieczkowej Przełęczki w sąsiedztwie
zdradliwego Żlebu Drége\'a. Tutaj czeka na mnie po raz drugi w
przeciągu dwóch dni szczelina. Tym razem bez zastanawiania pokonuję
szczelinę. Jak? To już moja słodka tajemnica. Po chwili jestem już na
Skrajnym Granacie. Pogoda delikatnie się zepsuła. Od Doliny Pięciu
Stawów Polskich kłębią się coraz ciemniejsze chmury. Opady przewidywane
były na godzinę 16.00. Jest prawie 13.00. Został ostatni kawałek....
Od Granatów po Krzyżne
Ostatni kawałek Skrajny Granat - Przełęcz Krzyżne zrobiłem na coraz
większym wyczerpaniu. Jest on bardzo wymagający i moja koncentracja
działała na największych obrotach (przynajmniej w rejonach trudnych
technicznie). Wszystko to kosztem mniejszego rozkoszowania się
panoramami i ekspozycjami. Sam fakt, że nie robiłem zdjęć na tym
odcinku, dowodzi o moim wyczerpaniu. Wybitniej liczyła się dla mnie
realizacja głównego celu niż rozkoszowanie się tym celem!
Ze Skrajnego Granatu od razu schodzę po łańcuchach w dół w stronę
Buczynowej Dolinki. Patrzę w stronę Krzyżnego i trasa wydaje się być
typową górzystą dróżką, nic mocniej mylnego. Później łatwiejszym
odcinkiem szlaku ponownie kieruję się na północną stronę grani. Po
klamrach i łańcuchach schodzę na Granacką Przełęcz. Od tego momentu idę
już z poznanymi wcześniej chłopakami. Trawersuję żlebem północne zbocze
Orlej Turniczki, po skalnych półkach zabezpieczonych łańcuchem. Dalej
czeka na mnie następna drabinka, tym razem na Orlą Przełęczkę Niżną.
Dalej względnie prosty kawałek po południowej stronie Orlej Baszty i
zejście skośnym kominem ubezpieczonym łańcuchami na Pościel Jasińskiego.
Z tego co pamiętam północne stoki Buczynowych Czub były kolejnym
niebezpiecznym rejonem na Orlej Perci. Wszystko się sypało, głównie w
momencie schodzenia było to dość niebezpieczne, gdyż stopa się
ślizgała, mocniejsza praca rąk, szukanie pewnego gruntu pod ustawienie
stopy. W takich momentach się nie myśli o wyczerpaniu, jednak, gdy
rejon staje się łatwiejszy odczuwa się ile kosztuje to sił. Kolejny
kawałek do Przełęczy Nowickiego jest łatwiejszy. Dalej czeka nas
trawers Wielkiej Buczynowej Turni. Do pokonania jest kilka skalnych
żeberek, a dalej obniżenie do Buczynowej Przełęczy asekurowane
łańcuchami. Następnie kawałek po skałach żlebem w górę, trasa odbija w
prawo wiodąc ze żlebu na skalne zbocze Małej Buczynowej Turni. To już
ostatnie łańcuchy na Orlej. Dalej już trasa jest łatwa i prowadzi
głównie kamienną dróżką po południowej stronie kluczowej grani.
Trawersujemy Małą Buczynową Turnie, na chwilę powracamy na grań i
idziemy w dół poniżej Ptaka i Kopy pod Krzyżnem. O godzinie 15.00
wchodzimy na Krzyżne! Widoki z Przełęczy Krzyżne są jednymi z
najpiękniejszych w całych Tatrach! Niestety szerokie zachmurzenie
troszkę popsuło ten cały wdzięk. Projekt wykonany, Orla przebyta w
całości. Wewnętrzne zadowolenie i spełnienie. Chwila spoczynku. Szybkie
zdjęcie z moimi towarzyszami, których pozdrawiam serdecznie. Dzięki, że
miał w Was wsparcie! Czas się pożegnać i rozejść w odwrotnych
kierunkach.
Z Krzyżnego do Murowańca szedłem około 2,45 h spełniony, ale już
nader mocno zmęczony. Zaczyna padać. W schronisku napotykam Agnieszkę z
Jurkiem, którzy powoli zaczęli się o mnie martwić. Główne pytanie
Agnieszki: - I co udało się? Tak, udało się! - odpowiadam. Wchodzę do
budynku schroniska, zamawiam sok pomarańczowy (nie piwo aczkolwiek
smakowałoby zapewne wyjątkowo, ale wracam jeszcze dziś do Bielska
autem) i pyszne naleśniki z serem. 5 minut później zaczęło bardzo mocno
lać i przeszła burza. W schronisku gadamy co nas dzisiaj spotkało na
szlakach. Dzięki Wielkie, miło jak ktoś czeka w schronisku!
Podsumowanie
Dzisiaj, mając jeszcze jedno doświadczenie, zdaję sobie sprawę, że
przejście Orlej Perci za jednym razem pozbawiło mnie wielu
fascynujących odczuć. Zmęczenie pojawiło się u mnie na Granatach.
Ostatni odcinek: Ostateczny Granat - Krzyżne nie zostało tak na
prawdę udokumentowany fotograficznie . Odcinek ten po prostu pozostał
zaliczony. Orla Perć żąda wręcz ogromnej pokory. Mimo zmęczenia jest
to niezapomniana frajda.